Informacja o cookies
Korzystamy z plików cookies w celach statystycznych i umożliwienia funkcjonowania serwisu.
Uznajemy, że jeżeli kontynuujesz korzystanie z serwisu, wyrażasz na to zgodę.
Informacje o możliwości zmiany ustawień cookies »
Zgadzam się, zamknij X

Prasa o spektaklu

(…) Przed siedmiu laty w Opolu spektaklem „Dziady albo Młodzi czarodzieje” Adam Sroka podjął wyzwanie tkwiące w słynnej tezie Marii Janion o końcu paradygmatu romantycznego w polskiej kulturze. Spróbował odkleić Mickiewicza od szkolnych nawyków.
Najnowsza realizacja – tym razem drugiego najsłynniejszego dramatu romantycznego – jest kontynuacją tamtych prób. Nie ma tu Cara czy Wielkiego Księcia, a niechętny wolnościowym aspiracjom papież jest tylko konturem z mgły – jak wiele zjaw z przeszłości. Tematem jest „jaskółczy niepokój” Kordiana i jego niepewne wchodzenie w świat znaczone kolejnymi rozczarowaniami: do kobiet, autorytetów, życia publicznego. Obok młodego Kordiana (Andrzej Rosmus z krakowskiej PWST) na scenie jest Kordian w sile wieku, jeszcze nie stary, ale już nie naiwny (dobra rola Jarosława Rabendy). Niektóre partie tekstu aktorzy mówią unisono, jak jedna istota, a po chwili ich myśli rozchodzą się do tego stopnia, że stary Kordian przejmuje kwestie sarkastycznego Doktora-Szatana ze szpitala wariatów. Spektakl utrzymany w lubianej przez Srokę manierze teatru perypatetycznego (widownia wędruje za aktorami po teatrze) trudno, rzecz jasna, traktować jako pełną, skończoną interpretację Słowackiego. To raczej impresja czy etiuda, ale idąca w kierunku kwestii najżywszych dziś w kanonicznym dziele naszego romantyzmu.

Jacek Sieradzki, Jaskółczy niepokój, „Przekrój” 2004, nr 17 z dn. 25.04.

 

(…) Trzy wnioski nasuwają się po obejrzeniu przedstawienia. Po pierwsze: chaos wywołany przenoszeniem miejsca akcji w rozmaite przestrzenie sceny i widowni oraz wędrówka publiczności podążającej tropem przeżyć i rozterek bohatera.
Po drugie: przekonująca gra młodego Kordiana, która zachwyca świeżością i zaangażowaniem. Szkoda tylko, że poszatkowany tekst nie pozwolił zaprezentować wszystkich możliwości aktorskich debiutanta Andrzeja Rozmusa, studenta III roku PWST w Krakowie.
Po trzecie: ciekawa oprawa plastyczna sztuki, której elementy wdzierają się w przestrzeń, należącą zazwyczaj do widzów.

Należy jednak zadać sobie pytanie, czy wszystkie te zabiegi w jakikolwiek sposób wpływają na nowatorstwo odczytania tekstu dramatu? Czy oryginalność przedstawienia przełożyła się na jego komunikowalność?
(…) Wydaje się, że środki symboliczne, tak ważne dla dramatu romantycznego, pozostały niezrozumiałe.

Irmina Opałka, Anna Wolska, Inny niż wszystkie, „Gazeta Wyborcza” (Radom) 2004, nr 63 z dn. 15.03.

 

(…) Przedstawienie jest niezwykle urodziwe pod względem plastycznym. To zasługa scenografa Joanny Pielat-Rusienkiewicz i teatralnego plastyka Wojciecha Weryka, który przygotował wiele rekwizytów, w tym fascynujące maski dla aktorów.
W roli Kordiana podobał się Andrzej Rozmus, debiutujący na radomskiej scenie i chyba w ogóle w dużym przedstawieniu. (…) W roli starego Kordiana nie zawiódł Jarosław Rabenda, który jest świetnym  recytatorem poezji Słowackiego.

Zbigniew Bąk, „Kordian” na moście, „Echo Dnia” 2004, nr 63 z dn. 15.03.

 

Przedstawienie „Kordian, czyli panoptikum strachów polskich” (…) szokuje niecodzienną formą i oprawą plastyczną. Gdzieś spod zbroi cichutko puka Słowacki. Nie ma prawa pukać głośno, ponieważ jest to spektakl „na motywach dramatu Juliusza Słowackiego”, co reżyser Adam Sroka wyraźnie zaznacza.
(…) Ta niecodzienność formy wyraźnie jednak przytłacza tekst, a raczej to, co z niego zostało. Zajęci wędrowaniem po kolejnych kręgach wtajemniczeń bohatera, nie śledzimy wiersza tylko nogi, by przypadkiem nie upaść w ciemnościach.

Barbara Koś, Ostrożnie, stopień!, „Słowo Ludu” 2004, nr 63/AB z dn. 15.03.